Z rozbitych aut została kupa pogiętej blachy. Ciała ofiar leżały daleko dalej. Koszmarna Puławskiej

2008 rok, Warszawa ulica Puławska. Rozpędzone czerwone Ferrari Modena z ogromną siłą uderzyło w słup estakady. Autem jechali dziennikarze motoryzacyjni – Maciej Zientarski i Jarosław Zabiega. Drugi z nich ginie na miejscu, Zientarski długo walczy o życie w szpitalu. Trzy lata później na tej samej ulicy ginie trzech młodych ludzi. Kiedy ich BMW rozbija się na przydrożnej lampie. I wreszcie 30 marca bieżącego roku. W pobliżu stacji Metro Wilanowska na Puławskiej, doszło do podobnej tragedii. Tym razem także zginęło trzech młodych mężczyzn. Pędzili swoim Audi A3 najprawdopodobniej z prędkością około 200 km/h! Statystyki policji są zatrważające. Tylko w ciągu trzech lat w wypadkach na ul. Puławskiej zginęło 31 osób!

Ulica Puławska jest drugą co do długości arterią w Warszawie. Biegnie od placu Unii Lubelskiej, przez Mysiadło, aż do Piaseczna. To ponad 12 km długości. W obu kierunkach jezdnia z wydzielonymi trzema pasami. Nie ma ostrych zakrętów. Wieczorem, kiedy natężenie ruchu na Puławskiej spada, wyjeżdża na nią wielu śmiałków, którzy wyciskają ze swoich aut „ile fabryka dała”. Wiele takich szaleńczych rajdów kończyło się tragedią. 

– Tylko w okresie od 1 stycznia 2016 roku do 4 kwietnia 2019 r., bo takimi danymi dysponuję, na terenie działania Komendy Rejonowej Policji Warszawa II doszło do 45 wypadków drogowych, w których następstwem była śmierć 31 osób Część z nich miała miejsce na ulicy Puławskiej – informuje Fakt24 asp. szt. Robert Koniuszy, oficer prasowy Komendanta Rejonowego Policji w Warszawie.

O tym wypadku mówiła cała Polska

27 lutego 2008 roku ok. godz. 22. dziennikarze Maciej Zientarski i Jarosław Zabiega pędzili ul. Puławską czerwonym Ferrari 360 Modena. Do dziś nie wiadomo, z jaką dokładnie prędkością jechali, ale najprawdopodobniej mieli na liczniku grubo powyżej 100 km/h. W pewnym momencie, na wysokości wyścigów konnych doszło do tragicznego wypadku. Zabiega zginął na miejscu, a Maciej Zientarski został ciężko ranny. Długo był w śpiączce.

Jak wynikało z późniejszej ekspertyzy sporządzonej na polecenie prokuratury prowadzącej dochodzenie w tej sprawie, auto najechało na poprzeczną muldę w miejscu, gdzie prędkość jest ograniczona do 50 km/godz. Potem Ferrari straciło przyczepność, mimo iż kierujący próbował wyhamować, auto wyskoczyło z trasy i z ogromną siłą uderzyło w filar wiaduktu biegnącego z Ursynowa. Szczątki auta stanęły w ogniu. Jarosław Zabiega zmarł na miejscu, ciężko rannego Zientarskiego przewieziono do Szpitala Klinicznego im. Dzieciątka Jezus w Warszawie.

Według świadków, zarówno kierowca jak i pasażer mieli niezapięte pasy. Po uderzeniu w filar wiaduktu obaj wypadli przez przednią szybę. Zientarski doznał urazu głowy, klatki piersiowej, kręgosłupa, jamy brzusznej i kończyn. Leżał w śpiączce, kilkukrotnie był operowany.

W 2010 r. przedstawiono mu zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku za co grozi do 8 lat więzienia. W trakcie procesu dziennikarz utrzymywał, że nie pamięta momentu kiedy doszło do wypadku i odmówił składania wyjaśnień. W styczniu 2013 roku Sąd Rejonowy skazał Zientarskiego na 3 lata więzienia i 8 lat zakazu prowadzenia pojazdów. Po apelacji dziennikarza wyrok został skrócony do 2 lat. Nadal Zientarski kary nie odbył. 

Dachowanie i zderzenie z tirem

We wrześniu 2011 roku na ulicy Puławskiej, nieopodal skrzyżowania z ulicą Energetyczną, jadące w kierunku Piaseczna BMW serii 7 dachowało, a potem sunąc po jezdni uderzyło w latarnię. Trzech młodych mężczyzn poniosło śmierć na miejscu. Jak ustalili śledczy, 21-letni Marcin K., który prowadził samochód, jechał najprawdopodobniej z prędkością powyżej 150 km/h. Nagle stracił panowanie nad autem, pojazd zaczął „tańczyć” po drodze, dachował, a na koniec uderzył w znajdującą się przy drodze latarnię i rozpadł się na dwie części. Tył bmw wylądował pod wiaduktem, przód leżał 30 metrów dalej. 

Wszyscy trzej jadący bmw mężczyźni, byli mieszkańcami Piaseczna. Jak podał „Kurier Popołudniowy”, kierowca znaleziony w przedniej części auta miał zmiażdżoną głowę. Tył pojazdu, przemieszczając się w stronę wiaduktu, wpadł jeszcze na tira jadącego przed dachującym autem. W tej chwili trudno powiedzieć, czy siedzący na tylnej kanapie 21-letni Mariusz G. i 20-letni Łukasz K. zginęli od uderzenia w słup, czy od zderzenia z ciężarówką.

Pędzili 200 km/h

30 marca 2019, kolejna tragedia na Puławskiej. Audi A3, którym jechali trzej młodzi mężczyźni, z nieznanych przyczyn zjechało z drogi i uderzyło w przydrożny słup. Siła uderzenia była ogromna. Auto rozpadło się na kawałki. Nikt nie przeżył. Ciała były porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów od miejsca zdarzenia. Widok był makabryczny.

– Jechali z prędkością około 200 km/h. Hamowanie, uderzenie. I nagle mija mnie dosłownie kometa… To był tył auta – usłyszeliśmy od pana Artura, jednego ze świadków tragicznego wypadku na warszawskim Mokotowie. – Auto prawie wjechało w mój samochód. Nadjeżdżało z tyłu z ogromną prędkością. Dojeżdżałem do świateł środkowym pasem, gdy usłyszałem pisk, uderzenie i wybuch. Z lewej strony zaczęły wyprzedzać mnie płonące części auta.

Jak do tej pory ustalili śledczy, trzej młodzi mężczyźni pędzili z Piaseczna do centrum Warszawy. Około godziny 3:30 w sobotę u zbiegu al. Wilanowskiej i ul. Puławskiej doszło do wypadku.

Szczątki samochodu i porozrzucane ciała

Na miejscu wypadku jako jedni z pierwszych pojawili się ratownicy Ele Taxi, którzy reanimowali poszkodowanych. – Było sporo służb, dużo gapiów – przyznał rozmówca Fakt24. – Szczątki samochodu były wszędzie, na jezdni, torowisku, pasie zieleni. Jedno ciało leżało jakieś 10 metrów od słupa i pierwszej części auta, dwa kolejne i szczątki drugiej części w odległości około 50 metrów.

– Na miejscu wypadku leżał człowiek bez kończyny, miał urwaną nogę. Założyliśmy mu kołnierz, obwiązaliśmy kikuta. Mężczyzna miał ranę podudzia, rozciętą główną tętnicę, wystawała mu kość. Tracił dużo krwi – usłyszeliśmy od ratownika. – Był reanimowany do przyjazdu karetki. Potem trafił na SOR Szpitala MSW. Niestety, nie udało się go uratować. To byli bardzo młodzi ludzie, nie mieli więcej niż 25 lat – dodał ratownik. Ofiary to mieszkańcy powiatu piaseczyńskiego.

Prokuratura nadal ustala przyczyny i okoliczności tragicznego wypadku.