Nikt nie chciał pochować Kamyczka z Łodzi…

Historia Kamilka, nazwanego Kamyczkiem (†2 mies.), rozrywa serce. Śmiertelnie chorego noworodka zostawili w szpitalu biologiczni rodzice, a potem rodzina zastępcza. Umierał mając dziewięć tygodni w hospicjum fundacji Gajusz w Łodzi. Nie było nikogo z bliskich, kto chciałby zorganizować mu pogrzeb.

Kamilek był ciężko chorym dzieckiem. Kiedy się urodził nie dawano mu szans na przeżycie. Mama zdecydowała, że zostawi go w szpitalu, szybko znalazła się dla niego rodzina zastępcza, ale też nie udźwignęła ciężaru opieki nad nim. Tak trafił do Pałacu, czyli hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci prowadzonego przez fundację Gajusz. Tu każde maleństwo jest księżniczką lub księciem. Tak jest też traktowane. – Dostał od nas mnóstwo miłości. Na początku bał się dotyku, bo kojarzył on mu się z czynnościami medycznymi czy higienicznymi. Ale już po tygodniu wręcz nie chciał schodzić z rąk opiekunek. Uwielbiał przytulanie. – Jedną z naszych pielęgniarek pokochał tak bardzo… W jej ramionach czuł się najlepiej – wspomina Tisa Żawrocka- Kwiatkowska, prezes zarządu fundacji Gajusz. Nikt mu bliski nie odwiedzał go w Pałacu. Chłopczyk odszedł 27 czerwca.

Kiedy zmarł okazało się, że ani rodzina biologiczna ani adopcyjna nie chciała go pochować. – Nie oceniajmy tych rodzin, bo oni sobie na to nie zasłużyli. Możemy przypuszczać, że nikt się nimi nie zajął, nie dostali odpowiedniej pomocy psychologa, a potrzebna była wielotygodniowa praca nad tym, żeby wiedzieli czego mogą się spodziewać, kiedy urodzi się chore dziecko – podkreśla Żawrocka- Kwiatkowska.

Chłopczyka pochowano na cmentarzu komunalnym na łódzkim Olechowie, w miejscu gdzie grzebane są osoby bezdomne, samotne czy o niezidentyfikowanej tożsamości. Poza drewnianymi krzyżami, krótkimi informacjami (czasem z imieniem i nazwiskiem, często z NN) nie ma nic więcej. Niewiele jest zniczy i kwiatów, bo mało kto tu przychodzi.

– Złamało mi to serce, dobiło mnie to, że nikt nie był chętny na zorganizowanie pogrzebu. Pewnie, że my go kochaliśmy, ale jednak nie byliśmy jego rodziną. Dodatkowo cmentarz, na którym spoczął nasz książę Kamyczek to jest takie miejsce bez miłości. Kiedy odwiedziłam go, poza zniczem na jego grobie, nie paliła się na żadnej innej mogile żadna lampka– mówi Żawrocka- Kwiatkowska. – Pomyślałam sobie, że chciałabym, by ludzie zauważyli, że to dziecko żyło, że był taki Kamyczek i zostawił po sobie ślad na ziemi – dodaje.

W ostatnich dniach października prezes Gajusza zdecydowała, że uruchomi zbiórkę w internecie – na pomnik dla chłopca. Ludzie zareagowali natychmiast – pieniądze – ponad 14 tysięcy złotych udało się zebrać w ciągu 90 minut! 10 tysięcy złotych będzie przeznaczonych na pomnik, a reszta na pomoc dzieciom z Pałacu.

Pomnik dla chłopca zaprojektowała artystka, Dominika Sadowska, a wykona go rzeźbiarz Maciej Kus z pracowni „Mass” w Łodzi. To będzie dzieło sztuki z bardzo trwałego kamienia, a w jego wgłębieniu zostaną ułożone żywe kwiaty i zalane żywicą. One nigdy nie zwiędną, zawsze będą na grobie chłopca.

Kamyczek, choć nie żyje, ma do spełnienia na cmentarzu ważną misję: żeby o ludziach, którzy tam spoczywają, pamiętano. A jego historia ma dalszy ciąg: kamieniarz z Kaszub usłyszawszy o niej, postanowił, że dla dzieci, które leżą we wspólnym grobie, nieopodal Kamyczka, pod krzyżem i tabliczką z napisem „płody ludzkie” ufunduje pomnik.

 dr Jerzy Pobocha, psychiatra: Nie każdy jest w stanie udźwignąć taki ciężar

Postawa, jaką przybiera człowiek w sytuacji kiedy rodzi mu się ciężko chore dziecko zależy od poziomu empatii, osobowości czy wzorców, jakie czerpie z otoczenia. Bardzo ważne są też warunki materialne, w jakich znajduje się rodzina. Być może gdyby rodzice dostali odpowiednie wsparcie psychologiczne, pomoc bliskich osób jeszcze przed narodzinami, nie porzuciliby go. Znane są oczywiście przypadki heroizmu rodziców i walki o dziecko, ale jest to sprawa naprawdę bardzo indywidualna.