– Dzień wcześniej rozmawialiśmy przez telefon. Syn cieszył się, że dostał stałą umowę, że będzie pracował jako kurier. Nazajutrz świat zawalił mi się na głowę. Dowiedziałem się, że Andrzej nie żyje – opowiada Leszek Lutak, zdruzgotany ojciec 27-latka, którego na przejściu dla pieszych w Rzeszowie rozjechał autem znany lekarz.

Andrzej mieszkał z rodzeństwem w ich wspólnym mieszkaniu. Rano, 3 grudnia wybrał się do przychodni z urazem palca. Miał jechać autobusem. Przechodził przez oznakowane przejście na ul. Krakowskiej, obok galerii Nowy Świat. Pokonał jeden pas ruchu i połowę drugiego. Żeby znaleźć się na chodniku zabrakło mu dosłownie kroku. Kierowca SUVa volvo, który pędził w kierunku Krakowa, wpadł autem prosto na pieszego. Mężczyzna uderzył w przednią szybę i został wyrzucony w powietrze. Spadł na asfalt ponad 20 metrów za przejściem. Auto zatrzymało się jeszcze dalej.

Za kierownicą siedział lekarz – gastrolog Jacek H. (57 l.). – Z tego, co wiem nawet nie ratował syna, pierwszy reanimował go policjant – opowiada pan Leszek. – Na miejsce przybiegł mój drugi syn. Pytał kierowcę „co zrobiłeś?”, a on odparł tylko „A to widzisz…”.

Rodzina ofiary martwi się, że wokół sprawy wypadku dzieją się dziwne rzeczy. Lekarz nie usłyszał od razu zarzutów, nie przesłuchano go, nie odebrano natychmiast prawa jazdy. Na miejscu mundurowi pozwolili mu zabrać rzeczy z samochodu. – A jak tam były jakieś dowody? Może nagranie z rejestratora? – zastanawia się ojciec. Sam jest emerytowanym policjantem, dlatego niepokoi go sposób postępowania organów ścigania. Obawia się, że odpowiedzialność kierowcy może się rozmyć. Jacek H. to znana postać, pełniąca ważne funkcje, wcześniej w Rzeszowie był ordynatorem.

Dopiero kiedy o sprawie napisał lokalny dziennik, 19 grudnia prokuratura przedstawiła lekarzowi zarzuty spowodowania śmiertelnego wypadku. – Podejrzany nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa i odmówił składania wyjaśnień – stwierdza Andrzej Grabowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

– Lekarz nie szukał z nami kontaktu, nie przeprosił. My nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości – zaznacza zrozpaczony ojciec. – Andrzej był spokojnym, grzecznym chłopakiem. Miał wiele pasji. Tak jak ja kochał stare motocykle i lubił przy nich majsterkować. Trudno pogodzić się nam z tą tragedią. Dla rodzica nie ma nic gorszego, niż pochować własne dziecko…

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nas na Facebooku!