To był cudowny chłopak, wszystkim pomagał. Mój syn pół świata zjeździł z pomocą drogową i nigdy nic się nie stało. Chciał pomóc tej kobiecie na drodze, a sam stracił życie – mówi ze łzami w oczach Lidia Pojda, matka zmarłego Krzysztofa (†36 l.).

Ta niewyobrażalna tragedia wydarzyła się 5 września po północy na drodze ekspresowej w Pogórzu koło Bielska-Białej (Śląskie). Krzysztof Pojda jechał z żoną i dwiema córeczkami (7 i 4 l.) na lotnisko w Pyrzowicach. Mieli lecieć na Kretę, na wymarzone wakacje. Gdy byli na wiadukcie biegnącym na wysokości 10 metrów, auto pana Krzysztofa najechało na rozsypane plastikowe elementy. Okazało się, że na drodze po przeciwnej stronie kobieta wpadła w poślizg i uderzyła seatem w barierki. To części jej auta rozsypały się na sąsiedniej jezdni. – Pech chciał, że mój syn na nie najechał i uszkodził auto.

Potem przeszedł przez barierki i poszedł udzielić pomocy tej kobiecie – opowiada pani Lidia. Mężczyzna upewnił się, że kobiecie nic się nie stało. Gdy po ciemku wracał do swojego samochodu wpadł w 80-centymetrową szczelinę między jezdniami na wiadukcie i spadł z wysokości 10 metrów. Zginął na miejscu. – Dlaczego Bóg na to pozwolił! Gdyby pół kroku dalej przeszedł, nic by się nie stało.

Nie możemy się z tym pogodzić. Synowa jest w rozsypce kompletnej, dzieci płaczą – mówi pani Lidia. Mężczyzna zajmował się pomocą drogową, pracował też w firmie elektrycznej. – Ludziom pomagał. Niedawno w Jasienicy zauważył, że chłopak upadł na chodniku. Zatrzymał się i go reanimował. Jest dla mnie bohaterem – płacze matka.

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nas na Facebooku!