To miał być zwykły poranek. Pani Joanna – mieszkanka Puław, wyprawiła synka do szkoły. Miała zająć się chorą na zapalenie płuc młodszą córeczką, gdy zauważyła przez okno wynajmowanego mieszkania przy ul. Cichockiego, dwóch policjantów. Zamieszkała tam z dziećmi, żeby byli bezpieczni. W domu bezpieczni nie byli. Mąż, z którym jest w trakcie sprawy rozwodowej, nie dawał jej spokoju. Jak mówi – prześladował ją i dzieci. Wytoczyła mu proces o nękanie. Wystawał pod domem, wydzwaniał z różnych numerów o różnych porach. Bali się go, szczególnie, że jest znanym, puławskim prawnikiem, mającym świetne kontakty z policją i sądami, piastującym wysokie stanowisko.

Jednak w piątek 26 maja kobieta niczego złego nie przeczuwała. Godzinę później, ok. 9.00 rano usłyszała walenie do drzwi. Otworzyła. W drzwiach stali ci sami dwaj policjanci – Marcin E. I Grzegorz T.

Dopiero wtedy domyśliłam się, że obserwowali mój blok. Może czekali, że wyjdę z domu. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Funkcjonariusze nie przedstawili się. Zakomunikowali, że mają mnie natychmiast doprowadzić do sądu na rozmowę z biegłym w związku ze sprawą, jaką mąż wytoczył mi o rzekome zniesławienie. Pokazali decyzję sędziego, na której widniało, że mogę w ciągu 7 dni się od niej odwołać. Ale nikt mi tego prawa nie zamierzał gwarantować. Miałam iść natychmiast. Powiedziałam, że pójdę, ale muszę sprowadzić kogoś z rodziny do zaopiekowania się córką – mamę lub cioteczną siostrę. Usłyszałam, że nie ma o tym mowy. Dziecko trafi do rodziny zastępczej lub zadzwonią po mojego męża – tego, wobec którego kilka lat wcześniej policja wszczęła procedurę Niebieskiej Karty, w związku z podejrzeniem stosowania przez niego przemocy, głównie psychicznej, wobec rodziny. Byłam przerażona swoją bezradnością i tym, że jestem sama z chorym, wystraszonym dzieckiem – opowiada pani Joanna.

Choć sama prowadzi własną firmę i jest trenerem biznesu, wiedziała, że to nie może się skończyć dobrze. Szczególnie, że policjanci byli wyjątkowo niegrzeczni. Na miejscu pojawił się mąż kobiety, do którego dzwonił funkcjonariusz Marcin E. Mundurowi, według pani Joanny, przez telefon konsultowali się także z sędzią.

Popędzano mnie, grożono użyciem siły. A ja przecież musiałam zaczekać, aż przyjdzie ktoś z mojej rodziny do córki. Ona nie chciała zostać z ojcem. Bała się. Wreszcie zostałam zakuta w kajdanki i wyprowadzona do radiowozu. Działo się to na oczach sąsiadów i niestety – dziecka. Byłam szarpana, popychana, wykręcano mi ręce. Teraz są całe w siniakach. W radiowozie policjant Marcin E. przypomniał sobie, że powinien sprawdzić, czy w torebce nie mam przypadkiem niebezpiecznego narzędzia. Przecież to absurd. Zaczął mi więc ją wyrywać. Poczułam uderzenie czymś twardym i przeszywający ból – mówi kobieta.

Wreszcie dotarła do sądu. Rozmowa z biegłym trwała krótko. Pani Joanna wróciła szybko do zapłakanej córki. Czuła się jednak fatalnie, nie mogła oddychać. Poszła więc do lekarza. Obdukcja, która prezentujemy, wykazała złamanie żebra. Zdaniem lekarza specjalisty medycyny sądowej – Jadwigi Suszek, obrażenia mogły powstać w efekcie działań opisanych przez pokrzywdzoną.

Po ukazaniu się artykułu w wersji papierowej Tygodnika Powiśla Prokuratora Rejonowa w Puławach wszczęła z urzędu postępowanie przeciwko policjantom oraz sędziemu. Do tematu powrócimy.

tygpowisla.pulawy.pl

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nasz fanpage na Facebooku!

Zostaw swój komentarz