Hodowcy drobiu z Ukrainy niby nie łamią prawa, ale wykorzystują lukę w przepisach. Dzięki temu polski rynek zalewają tańsze kurczaki zza wschodniej granicy. Polscy producenci są zaniepokojeni, bo odbija się to na ich zyskach. Poza tym branża ma wątpliwości co do jakości i bezpieczeństwa mięsa drobiowego z Ukrainy.

W Polsce kwitnie import „pozostałych części z kurczaka” – informuje „Rzeczpospolita”. W 2018 r. do Polski sprowadzono 22,7 ton takiego mięsa, wynika z danych Krajowej Administracji Handlowej. Większość z niego trafiła do Polski z Ukrainy. Problem w tym, że takie mięso zgodnie z umową między UE a Ukrainą nie jest objęte żadnym cłem. Producenci z Ukrainy muszą zapłacić cło za standardową tuszę z kurczaka czy filet, ale już za czapki piersiowe kurczaka z małym kawałkiem skrzydła nie płacą nic. 

Luka w prawie sprawiła więc, że ukraińskie zakłady przestawiły się na nietypowe cięcie mięsa drobiowego. Następnie takie mięso jest rozcinane już na terenie UE i sprzedawane jako filety z kurczaka. Są one dużo tańsze niż te pochodzące z UE. W tej sprawie interweniowali już w komisji Europejskiej europosłowie z Holandii i Polski. Na razie bez większych rezultatów. Pomoc ogarniętej wojną Ukrainie jest bowiem sprawą o znaczeniu politycznym.

Import mięsa drobiowego spoza UE powoduje, że ceny mięsa spadają. Dotyczy to Polski i innych krajów UE, do których nasi rolnicy eksportują drób. Pojawiają się obawy o przyszłość polskiego drobiarstwa. Ponadto klienci często nie są świadomi, jakie mięso jedzą.

– Nasza branża ma wątpliwości odnośnie do jakości i bezpieczeństwa ukraińskich produktów. Ukraińcy rozmawiają też z Chińczykami, ale na razie mają problem z ptasią grypą – mówi „Rzeczpospolitej” Jan Wolff, zastępca dyrektora ds. eksportu w SuperDrob.

Źródło: Rzeczpospolita

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nas na Facebooku!