Jedno badanie wystarczyłoby, żeby w pierwszych tygodniach ciąży wykryć poważne wady genetyczne u jej dziecka. Ona dowiedziała się o nich dopiero w 9. miesiącu. Urodziła. Córeczka żyła jedynie minutę.

Córeczka Beaty Znamirowskiej-Soczawy, autorki książki „Dlaczego moje dziecko? Okrutne błędy natury” (Wydawnictwo Poradnia K), po urodzeniu żyła tylko minutę – serce dziewczynki miało jedną komorę, miała też rozszczepienie warg, podniebienia, niezrośnięte kości czaszki, nie wykształciły się u niej kości nosa. Matka dowiedziała się o wadach genetycznych córki dopiero w 9. miesiącu ciąży. Wiadomość była dla niej szokiem, przez całą ciążę lekarze zapewniali ją, że dziecko jest zdrowe. Wadę można było jednak wykryć w pierwszych tygodniach, wystarczyło, by lekarz zlecił badania prenatalne.

(…) Biegnę na USG, ale aparat jest zepsuty.

Lekarka osłuchuje mnie tylko, bada krew i orzeka, że nie ma się czym martwić. Na USG trafiam dopiero po połowie września.

Mimo wielokrotnych wizyt pokój do badania USG w tym małym miejskim szpitalu zawsze napawa mnie grozą. W półmroku ledwo widać twarz lekarza. Tym razem trafiam na takiego małego milutkiego, który każe mi zdjąć majtki do badania.

– Czy pan chce mnie badać dopochwowo – pytam z przerażeniem.
– Tak.
– Przecież jestem w dziewiątym miesiącu ciąży!
– Co pani powie, nie widać.

Chyba jednak nie powinni przyjmować w tym ciemnym pokoju. Ważę osiemdziesiąt kilogramów i brzuch mam duży, może nie tak wielki jak poprzednio, ale mało kto nie zauważyłby, że jestem przy nadziei.

Znów ten chłodny żel na brzuchu. I wielka płachta ligniny.

– Termin porodu na koniec listopada? mówi lekarz.

Jestem przerażona. Mąż też.

– Jak to? Czy mam chodzić w ciąży jedenaście miesięcy? Co się dzieje?
– Dziecko jest malutkie i według parametrów do porodu jeszcze dwa miesiące. Na pewno pani się pomyliła.

Czuję, że zaraz wybuchnę. Lekarz chyba widzi moje zdenerwowanie, bo sięga do teczki i zapisuje mi telefon doktor Agaty Włoch.

– Skoro jest pani taka nerwowa, to proszę się z nią skontaktować. To specjalistka od diagnostyki płodu. Ale moim zdaniem nie ma powodu do obaw. Dziecko ma właściwe proporcje, zdrowe serce. A badanie u niej kosztuje sto pięćdziesiąt złotych.

Do domu wracamy zdruzgotani. Dzwonię do swojej ginekolog.

– Idź na to badanie! Po raz pierwszy w jej głosie słyszę niepokój i zdecydowanie.

Doktor Agata Włoch wyznacza wizytę szybko – za dwa dni. Staram się nie martwić, normalnie funkcjonować, jednak do serca wkrada się lodowaty zacisk. Mam okropny sen. Śni mi się dziecko z kędzierzawymi czarnymi włosami i twarzą staruszki. A potem mężczyzna podobny do Chrystusa, siedzący na wodzie. Nagle ta woda zamienia się w krew, w olbrzymie jezioro krwi. Budzę się zlana potem. Widmo nieszczęścia prześladuje mnie, widzę swoje dziecko z zespołem Downa, zastanawiam się, jak poradzę sobie z opieką nad nieuleczalnie chorym dzieckiem, jak to zmieni nasze życie.

***

Agata Włoch jest sympatyczną, młodą lekarką. Roztacza wokół siebie aurę ciepła i zaufania, ale jednocześnie dystansu. Jesteśmy w zbliżonym wieku i od razu wyczuwam w niej pokrewną duszę. Gawędzimy przez chwilę, wypytuje mnie o poprzednie badania. Rzeczywiście, sprzęt, którym dysponuje, jest bez porównania nowocześniejszy od tego, na którym do tej pory oglądałam swoje dzieci.

Wraz z pierwszym obrazem pojawiającym się na ekranie monitora lekarka milknie i skupia się na swojej pracy. Przez ponad czterdzieści minut wodzi głowicą po moim brzuchu. Każe mi się obracać na boki. Mąż w tym czasie może wszystko widzieć, ale ode mnie odwróciła ekran i mimo mojej prośby nie pokazuje mi nic. Milczy i nie patrzy na mnie. Wreszcie kończy. Czuję, że nastąpi coś strasznego, ale nie spodziewam się tego, co usłyszę.

Najpierw pytam, jakie są moje dzieci – zdrowe czy chore.

– To dziewczynka, ale chora – rozpoczyna potem ostrożnie. – Ma wadę serca.
– Jaką?                                                                                                                             – Serce ma tylko jedną komorę. To nie wszystko. Ma rozszczepy warg, podniebienia, niezrośnięte kości czaszki, brak kości nosa. To trisomia chromosomu 13 lub inaczej zespół Pataua.

– Czy będzie żyć?                                                                                                           – To są wady letalne, śmiertelne. To nie wszystko. Ma niewykształcony mózg, niepodzielony na półkule. Czaszka jest nim wypełniona tylko do połowy. Nie ma żadnych szans na jej uratowanie. Przykro mi, że to ja musiałam państwu o tym powiedzieć. Pewnie mnie teraz znienawidzicie.                                                             – Czy pani się nie myli? To niemożliwe.

Ciemnieje mi w oczach. Muszę wyjść. Naprzeciwko gabinetu jest toaleta. Obijam się o ściany. Siadam na zimnej podłodze, zupełnie nie wiem, jak zareagować. Mam wrażenie, że oglądam jakiś koszmarny film, że to wszystko dotyczy nie mnie, tylko kogoś innego. Mąż wchodzi za mną. Podaje mi jakąś tabletkę i wodę. Leje mi się po brodzie, nie jestem w stanie utrzymać szklanki. Lekarka podchodzi do mnie i mnie obejmuje.

– Proszę wziąć się w garść. Musi pani.

W garść? Nie wiem, co mam robić. Mam pochować swoje dziecko?

Śmierć do tej pory omijała moją rodzinę, poważne choroby też. Jestem na to nieodporna i zupełnie nieprzygotowana.

– Czy może pani przyjechać do mnie jeszcze raz, jutro, do kliniki? Poproszę kolegów o konsultacje.
– A więc jest jakaś nadzieja?
– Raczej nie, ale muszę panią przebadać jeszcze raz. Poza tym łożysko jest już stare, lada moment może nastąpić poród. Ono już długo nie wytrzyma.

Przeżywam tak wielki szok, że Marysia obraca się główką do góry. Kolejna komplikacja, która może mieć wpływ na poród.

Muszę prowadzić samochód, bo spotkaliśmy się z mężem pod gabinetem. Przyjechaliśmy każde swoim pojazdem. Łzy zalewają mi twarz. Na trasie średnicowej rozpędzam samochód do stu siedemdziesięciu kilometrów, mam ochotę uderzyć w betonowy most i skończyć ten koszmar. Jednak widzę buzie moich córek i zwalniam.

W domu rodzina czeka na wyniki badań. Obejmuję Matyldę.

– Nie będzie dzidziusia – mówię.

Łzy zostawiłam w samochodzie. Przynajmniej tak udaję. Anusia podbiega i przytula się do mnie, ale nawet tego nie czuję. Mąż tłumaczy teściom, co się stało. Ja starszej córce. Płacze, jest blada jak ściana. Obawiam się, że coś jej się stanie, ale nie mogę jej pocieszać. Co mam jej powiedzieć? Że zamiast z wózkiem na spacer będzie chodziła na cmentarz? Dzwoni moja mama. Obiecuje, że przyjedzie za dwa dni. Nie wiem, co to są dwa dni. Czas stanął w miejscu. Uświadamiam sobie, że dopóki moje dziecko jest we mnie żyje, a potem już go nie będzie. Nie chcę rodzić. Chcę być w ciąży do śmierci, bo tylko tak mogę zatrzymać swoje dziecko.

Tydzień rozpaczy.

Następne dni są koszmarem. Ponowne badanie USG potwierdza diagnozę. Nie ma żadnych wątpliwości. Lekarka jest zła na niekompetentnych lekarzy, którzy dopuścili do takiej sytuacji.

***

Po kolejnej niespokojnej nocy budzę się z jakąś chorobliwą nadzieją. Pewnie lekarka się pomyliła. Będzie dobrze. Jadę na wizytę do ginekologa, jej męża, który będzie odbierał poród w klinice. Irracjonalna nadzieja powoduje, że jestem niemal radosna. Lekarz jest przystojny. Gawędzimy, bada mnie. W końcu pytam:

– Czy to możliwe, że diagnoza jest nieprawidłowa?

Lekarz patrzy na mnie ze współczuciem:

– Przykro mi, Agata nigdy się nie myli.

Znów to czuję. Szarość przed oczami, gula w gardle. Nie ma nadziei. Załamuję się.

– Musi się pani zgłosić za dwa dni. Łożysko jest bardzo dojrzałe. Nie wiem nawet, czy pani wytrzyma dwa dni, ale środa to ostateczny termin przyjęcia. Inaczej dziecko umrze w pani i wtedy również pani życie będzie zagrożone. A pani ma jeszcze dwoje dzieci.

Oto fragment książki Beaty Znamirowskiej-Soczawy „Dlaczego moje dziecko? Okrutne błędy natury” Wydawnictwo Poradnia K.

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nasz fanpage na Facebooku!

Zostaw swój komentarz