– Był jeszcze taki malutki. Nie powinien umrzeć! – płacze Małgorzata Królikowska (35 l.), mama dziesięciomiesięcznego Mattiasa. W wynajmowanym przez nich mieszkaniu chłopca śmiertelnie poraził prąd. Prokuratura uważa, że do tragedii doszło przez zaniedbania Jana B. (64 l.), właściciela nieruchomości. Przed sądem w Białymstoku ruszył proces w tej sprawie.

Rodzice Mattiasa wynajmowali mieszkanie od Jana B. Wiele razy prosili, żeby zrobił porządek z wystającymi ze ścian kablami i niesprawnymi gniazdkami. Ale ten ich zbywał. Zdaniem śledczych, to on – jako właściciel domu – miał obowiązek zadbać o właściwy stan instalacji elektrycznej, ale tego nie zrobił.

Był czerwcowy poranek. Dzień wcześniej była burza i lokatorzy zgłosili właścicielowi, że do jednej z puszek elektrycznych z nieszczelnego dachu dostała się woda. Ale ten odpowiedział, że ta puszka nie działa. Pani Małgorzata piła kawę ze starszą córką w kuchni.

– Mattiasek siedział u mnie na kolanach i wesoło gaworzył. Kiedy położyłam go na podłogę, bo chciałam wstawić do zlewu kubek po kawie, Mattiasek, jak zawsze, zaczął raczkować. Na chwilę mi się wymknął z zasięgu wzroku i wyszedł na korytarz. Kiedy wybiegłam za nim, było już za późno – płacze matka chłopca. – Trzymał kable od dzwonka w ręce – wystawały ze ściany. Był bardzo blady.

Mama od razu zaczęła reanimację i wezwała karetkę. Dziecka trafiło do szpitala, ale nie udało się go uratować. Miattias zmarł po trzech dniach. Właściciel mieszkania nie czuje się winny. – Instalacja była wykonana przez fachowców. Matka powinna była lepiej pilnować chłopca – mówił w sądzie Jan B. Grozi mu do 5 lat więzienia.

Chcesz więcej ciekawych artykułów? Polub nas na Facebooku!